POŻEGNANIE

Dziś dotarła do nas najgorsza wiadomość, jakiej można spodziewać się w czwartkowy poranek. Jakiej można spodziewać się w jakikolwiek poranek… czy inną porę dnia.

Wczoraj, nieoczekiwanie, odszedł nasz wspaniały kolega, wytrawny biegacz, nieoceniony kompan podróży, dusza towarzystwa. Nie sposób wyrazić słowami jakie dziś nami targają uczucia.

Słowo niesprawiedliwość, krzywda, wielka strata to za mało by opisać co dziś czujemy i jak będzie na świecie bez Twojej gadaniny, śmiechu i anegdotek sypanych jak z rękawa.

Tomku, obyś tam gdzie trafiłeś znalazł wymarzone trasy biegowe, aby orientowanie nie nastręczało Ci zbyt dużych trudności i żeby łydka zapodawała tak jak zawsze marzyłeś. Pozostaniesz na zawsze w naszej pamięci.

Tomek

Źródło: http://www.expressooriento.pl/Foto/

Inauguracja Off-Trail’owego sezonu biegowego, czyli co się działo w Lesznie.

Image

Dość długo trwało, żebym przekonała się do tego biegu. Nie ukrywam, że bieg górski w Lesznie leżącym ok. 70 km od miejsca gdzie mieszkam, nie brzmiał przekonywująco. Skąd w Lesznie góry?

Należało zatem to sprawdzić.

Trzeba przyznać, że jak na bieg 10 kilometrowy Bieg Górski Leszno-Grzybowo należy do tanich. Koszt opłaty startowej to 15 zł dla osób zgłoszonych przez internet, albo 20 zł dla osób zgłoszonych w dniu biegu.

Biuro zawodów mieści się w zaparkowanych tuż przy ulicy dojazdowej do miejsca startu autach. Odbiór numerów startowych odbywa się błyskawicznie, pomimo tego, że opłaty za bieg dokonuje się dopiero w dniu startu.

Istotną z mojego punktu widzenia informacją było to, że przy starcie nie było toalet (albo ja ich nie dostrzegłam). Oczywiście dla chcącego nic trudnego – dookoła nie brakowało lasu 😉

Image

Start odbył się punktualnie. Trasa była bardzo ładna i dość wymagająca. Poprowadzona w 100% po leśnych duktach. Oznaczona co 1 km. Podbiegi choć strome były krótkie i zaraz po nich następowały zbiegi, dlatego ani przez chwilę nie przeszło mi przez myśl, żeby przejść do marszu. W połowie trasy znajdował się punkt z wodą, który pomimo trwającej zimy wielu osobom uratował życie – kto by pomyślał, że w lutym będziemy biegali przy temperaturze 11 C i pełnym słońcu. Na mecie czekała na nas ciepła herbata, drożdżówki i … skarpetki biegowe dla każdej osoby, która ukończyła bieg. Moim zdaniem był to bardzo fajny pomysł.

Podsumowując – bardzo cieszę się z udziału z biegu. Trasa i pogoda były wspaniałe.

Gdybym miała się do czegoś odnieść negatywnie, to ilość uczestników nie pozwalała w pełni rozwinąć skrzydeł w pierwszej połowie biegu. Przy ponad 400 biegaczach organizatorzy powinni pomyśleć o strefach startowych, by szybsi biegacze nie musieli tracić energii na omijanie tych wolniejszych, tym bardziej, że na wielu odcinkach trasy było to niemożliwe.

Oczywiście można zrzucić to na brak znajomości savoir-vivre wśród biegaczy, jednak organizatorzy spokojnie mogą pomóc w edukacji biegowej tworząc strefy startowe.

 Image

Image

Jeszcze tylko uzyskane wyniki:

Mateusz- 0:41:36.2840 – 30 OPEN

Ola – 0:52:20.7200 – 233 OPEN, 16 K

 

Walsh – Pb Elite Xtreme – TEST!

Po 2 miesiącach dość intensywnego użytkowania, przybliżę Wam jak spisują się moje Walsh’e.
W Pb Elite Xtreme zaliczyłem 12 startów + kilka treningów. Każdy z orientalistów wie, jak buty do BnO się niszczą i na ile startów wystarczają. Obraz moich Walshów po bieganiu w różnych terenach przedstawia się tak na zdjęciach poniżej.

Jak widać, trzymają się świetnie. Przeżyły kilka wielodniówek + kilka sprintów i mogę stwierdzić, że są to najbardziej uniwersalne buty do biegu na orientację. Dlaczego? Z jednej strony bardzo agresywny i głęboki bieżnik na całej długości podeszwy zapewnia maksymalną przyczepność – najlepszym przykładem będą jary Parchatki po których biegałem w sierpniu i spodziewałem się że może być różnie. Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić że było nie gorzej niż w butach z kolcami, o czym dobrze przekonałem się mijając Japończyka pod górę pionowego jaru który wbiegał jęcząc, walcząc i zsuwając się co chwila wydając dziwne odgłosy gdy ja mijałem go we wspinaczce na krawędź jaru. Dotarł on tam chwilę za mną i leżał przewieszony z nogami za urwiskiem i tułowiem już na górze na polance, odzyskując oddech po nierównej walce z pionowym jarem. Fajnie że goście spoza Europy goszczą u nas na zawodach, ale pewnie chłopak będzie wspominał ten teren jako jeden z najtrudniejszych 
Na trudnych pomorskich terenach podczas GP Pomorza buciki spisały się świetnie, choć trzeba przyznać że nie był to teren tak wymagający jak Parchatka.
Ale najciekawsze co mogę powiedzieć ze swojego doświadczenia – to fakt, że buty są bardzo uniwersalne. Zaczynając w nich biegać, obawiałem się trochę o przyczepność z uwagi na brak metalowych elementów w podeszwie. Co jest pożądane do lasu – nie jest najlepszym wyjściem na sprinty miejskie. Czy można biegać leśne klasyki i miejskie sprinty w tych samych butach? Okazuje się że jak najbardziej!
Biegnąc po mieście, Walshe z jednej strony zapewniają maksymalny komfort poruszania się po trawnikach i miękkich nawierzchniach (czego nie będziemy mieli w typowych butach biegowych na asfalt). Z drugiej strony – pokonywanie odcinków po twardej nawierzchni nie wiąże się z żadnym dyskomfortem właśnie dzięki braku kolców w butach. Oczywiście nie są to buty typowo na asfalt, ale przy mieszanej nawierzchni spisują się zdecydowanie lepiej niż kolce i niż tradycyjne buty biegowe.
Podsumowując – Walsh to idealny but dla osób poszukujących jak najbardziej uniwersalnych butów. Dla jeszcze lepszego dopasowania stopy polecam sposób wiązania sznurówki widoczny na zdjęciu. Jak już pisałem – trzeba też uważać na rozmiarówkę, bo generalnie zawsze lepiej wziąć ten większy rozmiar, czasem nawet o 2 numery niż normalnie!

Image

 

Image

Walshe w pralce – bez problemu!

Obiecałam ostatnio kilku osobom, że przetestuje Walshe w pralce. Mówiąc w skrócie – dały radę.

Po ostatniej imprezie na orientację, która odbyła się w warunkach leśno-bagiennych moje Pb Elite X’Treme były mówiąc kolokwialnie utytłane w błocku. To i kilkaset przebytych w nich kilometów, przekonało mnie, że przyszedł już czas na większe pranie.

Zaczęłam od opłukania butów pod kranem z błota i trawy (normalnie skończyłabym czyszczenie butów na tym etapie).

Następnie wrzuciłam je do pralki na 40oC, dodałam płynu do prania i włączyłam program ekonomiczny. Po około godzinie wyjęłam czyste buty.

Po wyschnięciu dokonałam oględzin butów. Po pierwsze – były czyste i pachnące, ale co najważniejsze nic się nie rozkleiło, nic nie popruło. Po założeniu buty musiały się ponownie dopasować do stopy, ale zajęło to zaledwie kilka chwil.

Z mojego punktu widzenia bez obaw można wrzucić Walshe od czasu do czasu do pralki. Nie przesadzałabym jednak ze zbytnią pedantycznością i nie prałabym ich po każdym treningu.

Image

Przed praniem

Image

Przed praniem.

Image

Po wstępnym opłukaniu z trawy i błota

Image

Po wstępnym opłukaniu z trawy i błota

Image

Po praniu – mokre

Image

Efekt końcowy

Pozdrawiam,
Ola

 

 

O-Games 2013 r.

Relacja Karola z O-Games, zapraszamy do lektury.

To był niewątpliwie bardzo udany weekend – wszystko dzięki radości, jaką znów poczułem podczas biegania z mapą. A tej radości już brakowało mi bardzo – ostatnie 2 miesiące to była walka z samym sobą, każdy bieg był dla mnie raczej mało przyjemnym przeżyciem po tej długiej przerwie zdrowotnej. Aż wreszcie, niespełna 2 miesiące po wyjściu ze szpitala poczułem to, co czułem zawsze podczas biegania z mapą – radochę, rywalizację, szybkość, zmęczenie, satysfakcję. Myślę że mogę powiedzieć że te zawody były przełomowe we wracaniu do normalnego biegania, choć wiadomo że przy moich ostatnich perypetiach treningowo – startowych trudno będzie liczyć na pierwszą na MP. Niemniej jednak, KMP które odbyły się we Wrocławiu i okolicach uważam za bardzo udane.
Poziom sportowy i organizacyjny stał na wysokim poziomie, nie chcę się czepiać i nie będę pisał o pewnych rzeczach, bo liczę się z tym że organizator nigdy wszystkiego nie przewidzi, ale byłem świadkiem jednej bardzo niebezpiecznej i nieprzyjemnej sytuacji, na szczęście nie stało się nic poważnego.
Piątek na sprint – ledwo zdążyliśmy do strefy, tam poczekałem na swoją minutkę i mocno pobudzony (niestety negatywnie) wspomnianą sytuacją ruszyłem do walki.

Jeden błąd na grubo ponad minutę praktycznie wyklucza z rywalizacji o cokolwiek, ale przecież nie walczyłem tym razem o najwyższe lokaty a o powrót do normalnego biegania. I to się udało. Zająłem 22 miejsce na 49 biegających w elicie, po przybiegnięciu byłem całkiem zadowolony. Do tego finisz na nowym stadionie we Wrocławiu, GPS-tracking na telebimach – super sprawa!
Potem kolacyjka i jazda na miejsce noclegu, po drodze przygoda z wymianą koła w ulewie i wreszcie o 23 dotarliśmy do Wołowa.
Następny dzień – dystans średni. Lało przez noc i dalej od rana, nie chciało się wchodzić do lasu. Ale jak dotruchtałem do miejsca startu 1,5 km okazało się że nie jest tak źle. Pierwsze punkty pobiegałem najsłabiej, kolejno 3,4,5,6 były dość czujne i usytuowane w miejscami głębokim podszycie. Potem szło całkiem sprawnie, czułem wreszcie że biegnę po lesie a nie idą. Minął mnie Podzio jakoś koło 7 punktu, ale nie próbowałem go nawet łapać. Dalej bardzo przyjemnie i bardzo subtelna rzeźba terenu która wymuszało dokładne czytanie mapy i terenu – biegło się super, na mecie byłem bardzo zadowolony. Czas 40:44 wystarczył co prawda dopiero na 20 miejsce, ale chociaż udało się 3 punkciki dla klubu uciułać.

Tego samego dnia dowiedziałem się, że w sztafecie pokoleń nie biegam jak co roku 7 zmiany, a pierwszą zmianę nocną. Nie byłem tym zachwycony, ale cóż wyzwanie trzeba było podjąć. Tym bardziej że mogłem biegać wreszcie duże zawody z dobrą lampą na głowie. Już przed startem zacząłem się przekonywać, że jednak bieganie nocki na KMP ma swój urok i jest czymś niepowtarzalnym, do tego ta sceneria – ciemny las, zamglone polany, świeże powietrze po deszczu i 30 osobowa grupka szaleńców ruszająca na pierwszą zmianę. Zacząłem całkiem obiecująca, ale duże błędy na 5,10,13 i 21 sprawiły że przyprowadziłem swoją sztafetę po tej najtrudniejszej zmianie na dalekim 21 miejscu. Mimo to, biegało się super i bardzo przekonałem się do masowych startów w nocy! Choć dalej jestem zdecydowanym przeciwnikiem formuły jaka ma zostać wprowadzona od przyszłego roku na Longu (mass start). Chyba że będzie to zrobione naprawdę z głową, ale obawiam się że nie – temat na zupełnie inny wątek, może jak będzie więcej czasu (ciekawe tylko kiedy hehehe).

Całe KMP bardzo udane, bardzo się cieszę (wreszcie!) z tego wyjazdu i z dobrego biegania.

Zdjęcie użytkownika O-Games.

1237399_602275796478406_663272496_o

Festiwal w Krynicy 2013 r.

Choć nie wszyscy klasyfikują dystans poniżej 100 km jako bieg ultra, po ostatnim weekendzie w Krynicy zdecydowanie czuję się „ultrasem” pełną gębą. Co prawda pokonałam jedynie 66 km, to zawsze jest to dystans dłuższy od jakiegokolwiek maratonu górskiego o co najmniej 21 km – jakby na to nie patrzeć – o dystans półmaratonu.
Relacji z biegu 7 dolin można znaleźć wiele, wystarczy wpisać odpowiednie hasło w wyszukiwarce. Niemniej chętnie podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami i przemyśleniami dotyczącymi tego wydarzenia.
Miesiące poprzedzające start w biegu należy w moim wypadku uznać za wyjątkowo udane jeśli chodzi o trening. Pomimo mojego nizinnego pochodzenia udało się kilkukrotnie wyskoczyć w góry, żeby potrenować podbiegi i przede wszystkim zbiegi. Zarówno weekendowe wypady, jak treningi połączone z dwoma tygodniowymi urlopami z dzisiejszej perspektywy przyniosły zamierzony rezultat – swobodne pokonanie dystansu 66 km.
Nie obyło się oczywiście bez rozterek na dwa-trzy tygodnie przed startem. Może nawet nie tyle czy podołam, bo tego byłam pewna, ale jak bardzo uszkodzona będę po przybyciu na metę, bo odpuścić w połowie – niedopuszczalne (może złamanie otwarte by mnie przekonało – tfu, tfu przez lewe ramię ;-P).
Na dwa-trzy tygodnie przed godziną „0” zaczęłam szukać w internecie informacji na temat taktyki podczas biegów ultra. Z dzisiejszej perspektywy najbardziej przydatnym wydaje mi się artykułhttp://napieraj.pl/index.php?option=com_multicategories&view=article&id=8284%3Ataktyka-w-czasie-biegow-ultra&catid=6%3Atrening&Itemid=72 W internecie można znaleźć wiele relacji, jednak uważam, że wiele z nich napisanych jest przez osoby, które nie walczą o wynik lecz traktują udział w B7D jako szybszą wycieczkę po górach. Absolutnie tego nie neguję, jednak moje nastawienie było inne – pokonać dystans w jak najkrótszym możliwym dla mnie czasie. Bez zbędnego zatrzymywania się, straty czasu na przepakach czy punktach żywieniowych.
Największą zagadką była pogoda i ostateczny dobór garderoby optymalnej na całą trasę, stąd pakując się wzięłam pod uwagę wszystkie możliwe warianty. Śmiech mojego męża powiedziałby Wam wiele na temat wielkości mojego bagażu.
Do Krynicy dotarliśmy ok. 17.00. Pakiety odebraliśmy w biurze zawodów bez żadnych problemów. Moją jedyną bolączką była za duża koszulka ale zostałam uprzedzona, że rozmiar S jest najmniejszym jakim dysponuje organizator. Nic to – Ewa (siostra) dostanie.
Po przejściu się po targach biegowych namierzyłam na stoisku z biżuterią dla biegaczy bardzo ładną bransoletkę. Oczywiście zostało to skwitowane mniej więcej tymi słowy: „bez sensu, za droga, po co ci to”. Ale wytargowałam, że jeśli dobiegnę w pierwszej dziesiątce kobiet mąż zasponsoruje mi tę bransoletkę. To dopiero dodatkowa motywacja.
Poszliśmy spać zaraz po odprawie, która niewiele wniosła. Wszelkie informacje można było wyczytać z informatora czy mapy dołączonych do pakietu startowego. Przepaki, plecak i strój (ostatecznie zdecydowałam się na getry 3/4, bluzkę na ramiączkach i na to bluzę) przygotowaliśmy jeszcze wieczorem, żeby jak najdłużej móc spać. Problematyczne okazało się przypięcie numeru startowego, który był po prostu za duży. Format A4 zdecydowanie nie czynił go poręcznym, dlatego przypięłam numer do plecaka z myślą, że najwyżej to zmienię (nie zmieniłam).
Planowany start dystansu 66 km był o 4:10. Wstaliśmy ok. 2, bo śniadanie, bo toaleta, bo szeroko rozumiane ogarnięcie się i start Mateusza, który biegł setkę od 4:00.
Z zaparkowaniem przy samym starcie nie było problemu – ruch w Krynicy o czwartej nad ranem jest jakby to ująć – niewielki.
Start odbył się punktualnie. Zgodnie z założeniem zaczęłam spokojnie. Przerażająco spokojnie. Bardzo nie lubię jak mnie wszyscy wyprzedzają, a tak było. Ale powtarzałam sobie jak mantrę „kto wolno zaczyna, szybko kończy”. Pierwsze podejście i czułam się rewelacyjnie, równe tempo i do przodu. Po dotarciu do pierwszego punktu odżywczego znajdującego się przy schronisku na Łabowskiej Hali, założenie pokonania dystansu w 10 godzin przerodziło się w nieśmiałą myśl o złamaniu 9 godzin.
Na punktach herbatnik, ciepła, słodka herbata w rękę i jazda do przodu. Czułam się fantastycznie. Bieganie po ciemku i w półmroku jest rewelacyjne, a tak się tego bałam. Czas i dystans mijał błyskawicznie.
Przepak w Rytrze poszedł sprawnie – od razu znalazłam swój worek (nie wszyscy mieli to szczęście, niektóre worki w ogóle nie dojechały – tu niestety przytyk do organizatora albo do roztrzepania uczestników, którzy mogli wrzucić worek nie do tej ciężarówki co trzeba) – zmiana skarpet (tylko z tego powodu, że mam bardzo delikatne stopy, normalni ludzie tak nie robią ;)), w rękę coca-cola z napisem „Mistrz” i biegnę dalej.
Kolejne kilometry mijały bardzo szybko. W głowie cały czas miałam profil trasy i odcinki do pokonania. Teraz biegnę do schroniska na Hali Przehyba, dalej Radziejowa, dalej Eliaszówka i jazda w dół. Zdecydowanie polecam podzielić trasę na odcinki. Dla mnie dużo lepiej biegnie się sześć odcinków po około dziesięć kilometrów niż sześćdziesiąt sześć za jednym razem. Niby to ten sam dystans ale jakby nie ten sam.
Mój kryzys przyszedł dość późno – na 6 kilometrów przed metą. Na szczęście zjawił się Marcin – przypadkowo poznany biegacz. Marcin biegł na 100 km. Zagadywał mnie cały 6 kilometrowy zbieg i motywował do mocnego finiszu. Dla mnie był to koniec trasy, dla niego przystanek na dużo trudniejszej trasie niż moja. Dziękuję Ci Marcinie!!
Na mecie (czas 8:42:46) owacji na stojąco nie było – to nie meta w Krynicy. Niestety. Trochę szkoda ale spokojnie – rok, dwa i będzie finisz w Krynicy – dajcie mi trochę czasu. Zdecydowanie zostało mi to zrekompensowane przez Oszi i Andrzeja zimnym piwkiem – dziękuję kochani!
Po biegu jako wsparcie techniczne razem ze wspomnianymi wyżej Oszi i Andrzejem pomagaliśmy znajomym znaleźć na przepaku ich depozyty, uzupełnialiśmy bidony, camelbagi czy dzieliliśmy się batonami, które nam zostały. Pogoda była piękna – dla nas. Dla mocarzy biegnących na stówkę było zdecydowanie za ciepło. Ale oni parli dalej – niesamowite!
Po „obsłużeniu” Doroty, która dzielnie walczyła z limitem (i nota bene zwyciężyła – brawo Dorota!) pojechaliśmy na 77 kilometr. Po rozerwanym worku wiedziałam, że mój Mateusz już tam był, dlatego chcąc zdążyć na jego finisz pożegnałam się z Oszi i Andrzejem i korzystając z uprzejmości innych biegaczy dotarłam do Krynicy w międzyczasie dowiadując się od szwagra, który śledził zmagania Mateusza i moje w internecie, że zajęłam trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej kobiet na moim dystansie. To była super wiadomość.
Do Krynicy dotarłam po Mateuszu – złamał 12 godzin. Jego dokładny czas 11:53:45. Jestem bardzo dumna, że mam takiego dzielnego męża – bo wierzcie mi, że osoby, które ukończyły ten dystans są prawdziwymi twardzielami.
Zmęczeni i bardzo zadowoleni z uzyskanych wyników poszliśmy się wykąpać, przebrać i jeść. Czekaliśmy na najważniejszy punkt programu – dekorację, która miała się rozpocząć o 20.00. Atmosfera na deptaku była niesamowita – do mety docierały ostatnie osoby, które zmieściły się w wymagającym limicie 16 godzin. Radosna wrzawa kibiców dodawała im skrzydeł na ostatnich metrach.
Równo o dwudziestej zamknięto metę i rozpoczęto dekorację podczas której udekorowano najszybszych na dystansach 100km, 66km i 36km, w tym mnie. To fantastyczne uczucie odebrać puchar (i czek ;P) z rąk samego Zygmunta Berdychowskiego, który ze szczerym uśmiechem gratuluje sukcesu i zaprasza na przyszły rok. Myślę, że jest dumny z faktu do jakich rozmiarów rozrósł się jego biegowy projekt.
Na koncercie Budki Suflera nie zostaliśmy. Zwyciężyło zmęczenie i inne gusta muzyczne. Z relacji innych osób jednak wiem, że koncert był udany.
W niedzielę poszliśmy na deptak obejrzeć najszybszych w Koral Maratonie. W tym roku Biwot Wycliffe Kipkorir pobił rekord trasy osiągając wynik 2:23:53.
Kierując się do samochodu, żeby ruszyć w drogę powrotną do domu zaciągnęłam męża na targi i wyegzekwowałam obiecaną nagrodę – bransoletkę.
Tak po krótce wyglądał mój pobyt w Krynicy. Czy tam wrócę? Z pewnością. Już dzisiaj, kiedy od biegu nie minął jeszcze tydzień, myślę nieśmiało o stówce. Ale zanim się zapiszę… pójdę na trening…

ImageImage

Image

Wspieramy najlepszych!

Wspieramy najlepszych!

Miło nam poinformować, że w lipcu rozpoczęliśmy współpracę z Karolem Galiczem, 26 letnim biegaczem z Warszawy, absolwentem Warszawskiej AWF, reprezentującym pierwszoligowy klub PUKS Młode Orły. Oprócz biegów na orientację (BnO), Karol startuje w rajdach przygodowych, biegach górskich i zawodach lekkoatletycznych. Pomimo, że BnO trenuje zaledwie od 3 lat, na swoim koncie ma już wiele sukcesów. Największym z nich jest kwalifikacja do akademickiej Kadry Polski na Mistrzostwa Świata w Alicante w 2012 roku.

Karol Galicz jest 328 zawodnikiem rankingu światowego (7 z Polaków). Jest medalistą Mistrzostw Polski w Narciarskim Biegu na Orientację z 2011 roku na dystansie średnim. Jest również rekordzistą Polski w halowym ultrawieloboju lekkoatletycznym (2012 r.).

Karol od lipca tego roku biega w Walsh’ach â model Pb Elite Trainer oraz Pb Elite X`treme.

Więcej o Karolu dowiecie się z jego bloga http://www.runner1986.blogspot.com/